wspomnienie opublikowane w "Dziedzictwie Kresowym"
 nr 6 (czerwiec 2015 r.) str. 7-8, ISSN 2299-7024
oraz po białorusku w "Spadczyna Kresau" ISSN 2544-0039

Ze wspomnień małolata z Syberii
(Zesłanie w stepy Kazachstanu oczyma dziecka)

W roku 1939 miałem 5 lat, urodziłem się w Wilejce Powiatowej. Z tego okresu pamiętam dwa zdarzenia.

Pierwsze, to wakacyjny wyjazd do majątku ojca – Zalesia (niedaleko Iwieńca), w którym gospodarzył stryj Kazik. Stryj bardzo się ucieszył z naszego przyjazdu, kazał opróżnić (do gołych ścian i pustej podłogi) jeden pokój, zaprowadził tam mnie i oznajmił, że to jest moje królestwo i mogę tu robić co tylko chcę. Zaczęło się malowanie w różnokolorowe paski podłogi oraz wbijanie w nią dziesiątek gwoździ a ściany pokrywały się abstrakcyjnymi wzorami, to było bardzo wielkie przeżycie.

Drugie, to już w Wilejce w październiku, ojciec naiwnie uwierzył rozsiewanym przez NKWD plotkom, że już zakończyły się aresztowania i wrócił z Wilna do domu. Tego samego dnia późnym wieczorem przyszli enkawudziści, bagnety na karabinach, głośne okrzyki: gdzie złoto, gdzie broń, kazali nam stanąć pod ścianą a sami przewrócili dom do góry nogami. Niczego nie znalezli, zabrali ojca i od tego dnia żadnych wiadomości o ojcu nie było. Po ponad 60-ciu latach IPN zawiadomił mnie oficjalnie o zabójstwie ojca, z broni palnej, w więzieniu w Wilejce.

W lutym 1940 roku głośno było o wywózkach na Sybir. Mama wiedziała, że należy do grupy przeznaczonej do wywózki, więc uciekła z Wilejki do rodzinnego folwarku w Liberianowie (25 km polnymi drogami od Wilejki). Miała nadzieję, że nas tam nie znajdą - ale znaleźli. Na początku kwietnia rano dwóch enkawudzistów saniami przyjechało po Mamę. Macie 15 minut, pakujcie rzeczy do jednego pakunku i jedziemy. Ja jeszcze byłem w łóżku, Mama zaczęła mnie ubierać, wtedy starszy z tej dwójki powiedział, że nie potrzeba mnie ubierać, bo oni w nakazie mają tylko Olgę Plewako bez dziecka.

Mama zaczęła prosić, a później błagać na kolanach aby mnie wzięli także, długo to trwało ale po naradzie zgodzili się. Czas uciekał i na większe pakowanie już go nie było, musieliśmy zabierać to co udało się chwycić w ostatniej chwili. I w ten oto sposób przemycony przez Mamę pojechałem na Sybir na gapę. Podczas długiego transportu nie wiele się działo, z górnej półki na której mieliśmy miejsce widać było bagnety na karabinach i charakterystyczne czubki na czapkach żołnierzy. Pilnowano nas ze wszystkich stron. Pamiętam tylko wielkie poruszenie w wagonie gdy przekraczaliśmy granicę Europy z Azją, był strach i przerażenie, bo Azja to chłód, głód i dzicz, co odmieniano we wszystkich przypadkach.

Dojechaliśmy do Kazachstanu. Do kołchozu Dmitrowka w Pawłodarskiej obłaści przywieziono nas cieżarowymi samochodami. Całą ludność kołchozu spędzono na środek wsi, komendant transportu wyczytywał nazwiska rodzin, wyczytana rodzina musiała zejść z cieżarówki i wtedy zgłaszał się ktoś z mieszkańców i zabierał do siebie. Nas przygarnęła wdowa z pięciorgiem małych dzieci. Na całą gromadkę były tylko jedne buty ale to nie przeszkadzało dzieciom biegać do sasiadów pomimo, że było pół metra śniegu i mróz powyżej 10-ciu stopni. Kołchoz Dmitrowka leżał na bezkresnym stepie równiutkim jak tafla wodna, step był porośnięty kępami niewysokiej suchej trawy, która była zjadana przez owce, krowy i konie. Krowy pozostawiały odchody w postaci placków, które po wysuszeniu nazywały się kiziakami. Kiziaki były podstawowym i jedynym opałem do kuchni, a w zimie do pieców grzewczych. Na początku pobytu Polacy zbierali kiziaki w rękawiczkach lub przy pomocy patyka, co powodowało ogromną wesołość u tubylców. Trwało to jednak bardzo krótko, gdyż najprościej było zbierać gołymi rękoma. 

W Dmitrowce mieszkali głównie Chachły, którzy na poczatku lat dwudziestych byli deportowani z Ukrainy (kara za Petlurę) i dlatego w stosunku do Polaków odnosili się dosyć dobrze. Przez ponad rok Polacy byli traktowani jako wojennoplennyje i nie wolno nam było oficjalnie pracować. Mieszkanie zapewniono nakazem, a wyżywienie trzeba było zdobywać samemu, nikogo nie interesowało czy masz co jeść, czy umierasz z głodu. Zaradność Polaków, głównie kobiet, była ogromna, okres ten wszyscy przeżyli. Moja Mama szyła kołdry, wyrób przedtem w kołchozie nie znany ale bardzo pożądany. We wsi nie było NKWD i milicji więc nikt nas nie pilnował ale i uciekać nie było gdzie.

http://dziedzictwokresowe.plewako.eu/DK-06.pdf
Lato 1941 rok - polscy zesłańcy w Dmitrowce. Wgórnym rzędzie, czwarta od lewej strony - matka autora - Olga Plewako. W  pierwszym rzędzie, trzeci od lewej strony, siedzi autor.
Zdjęcie ze zbiorów autora.

Po wybuchu wojny w 1941 roku zrównano nasze prawa na równi z mieszkańcami, którym powoli kończyły się zapasy z wielkiego urodzaju z roku 1938 i o jedzenie było coraz trudniej, dla nich i dla nas. Ja mały chłopiec, musiałem sam zdobywać jedzenie łapiąc susły lub ptaki i sam je oprawić i ugotować. Było tak zawsze gdy Mama pracowała w polu, często nie wracając na noc. W Dmitrowce mieszkaliśmy 4 lata ale jakoś przeżyliśmy, chociaż wyjeżdżając do Tawołżanu (miasteczko nad zasolonym w 100% jeziorem) w roku 1944 nie mieliśmy już nic, co udało się Mamie zabrać ze sobą. W Dmitrowce chodziłem do szkoły, była jedna klasa i jedna nauczycielka, wszyscy razem od pierwszej do czwartej klasy. Lekcje odbywały się tylko w lecie, w zimie były długie ferie, bo w szkolnej klasie nie było pieca. W pierwszej klasie dostalismy przydziałowo, zeszyt, obsadkę ze stalówką i jeden ołówek tak twardy, że rwał papier ale nie pisał. W następnych latach przydziałów już nie było i trzeba było radzić sobie samemu. No i radziliśmy, pisząc na zeszytach zrobionych z gazety Prawda, „atramentem” z sadzy rozpuszczonej w mleku (nie rozlewał się na gazecie).

W zimie 1942 roku dotarł do nas wujek Fonia (mąż siostry Mamy), który został zwolniony z łagru po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej i pozostawiony samemu sobie, a znając, jeszcze z przed wojny nasz adres wyruszył pieszo do Dmitrowki. Przemierzając tysiące kilometrów przez kilka miesięcy pokonał wszystko i doszedł. Wspominam o tym dlatego, że do dziś stoi mi przed oczyma oberwana zarośnięta i całkowicie zamarznięta postać, która nieoczekiwanie pojawiła się w drzwiach naszego domu. Załączam oryginał wiersza napisanego z tej okazji przez jedną z uczestniczek zesłania.

Włodzimierz Plewako

http://dziedzictwokresowe.plewako.eu/DK-06.pdfWrócił

Wrócił..... przez nikogo nie oczekiwany.
Wrócił..... Ale nie do swych ukochanych,
Nie do kraju za którym tesknił ogromnie,
I w który - i za kratami - wierzył niezłomnie!
Wrócił, skromny, wychudły, wysoki.
Na nogach ledwie stał, ledwie dawał kroki.
Oczy miał wpadnięte - pełne cierpienia....
Usta żałosne - choć je uśmiech opromieniał
Żółta cera, ręce żylaste - spracowane.
Kilka siwych włosów, nad czołem zoranem
Bruzdami, spuszczało się kryjąc łysinę.
Gdy mówił, błyskało kilka zebów - jedyne,
Które po prtzewlekłej cyndze mu zostały.
Piersi poruszały się szybko, szczęki mu drżały
Wrócił..... Miał uszy odmrożone i palce,
W kaloszach podartych i takiejże fufajce.
Posuwał sie ostrożnie, patrzył podejrzliwie.
Do jedzenia się rzucił w bolesnym porywie.
Jadł i wstawał głodny, choć miska była pusta.
Czuł się nieswojo, piekły go wiecznie głodne usta
Wrócił..... cień człowieka, ale w jego ruchach,
Przebijała jednak niezłomna siła ducha.
Wrócił..... Aby rozwiać wrogów przekonanie,
że Polaka, widmo śmierci złamie lub wygnanie.
Wrócił..... z słowami prawdy na czole wypisanymi:
że Polska nie zginęła, i nie zginie póki my
żyjemy! !

W dniu odjazdu do Armii Polskiej na pamiatkę
Kochanemu "Dziadzi Foni"
Ala - Zofja Sukiennik

Dmitrowka, dn. 25.II.42 r.